— Jak to, nie nazywał się Babinicz?
— Od dawna wiedziałem jego prawdziwe nazwisko, ale pod tajemnicą spowiedzi... I dopiero, wychodząc przeciw owej kolubrynie, rzekł mi: „Jeśli zginę, niechajże wiedzą, ktom jest, ażeby uczciwa sława przy moim nazwisku została i dawne grzechy starła.” Poszedł, zginął, więc teraz mogę waćpanom powiedzieć: to był Kmicic!
— Ów litewski przesławny Kmicic? — zakrzyknął, porwawszy się za czuprynę, pan Czarniecki.
— Tak jest! Tak łaska boża zmienia serca!
— Dla Boga! Teraz rozumiem, że on się podjął tej wyprawy! Teraz rozumiem, skąd się taka fantazja w nim brała, skąd ta odwaga, którą wszystkich przewyższał! Kmicic, Kmicic! ów straszny Kmicic, którego Litwa sławi!
— Inaczej go odtąd sławić będzie nie tylko Litwa, ale cała Rzeczpospolita.
— On to nas pierwszy ostrzegł przed Wrzeszczowiczem!
— Z jego to przyczyny bramyśmy dość wcześnie zamknęli i przygotowania uczynili!
— On pierwszego Szweda z łuku ustrzelił.
— A ilu ich z armat napsuł! A de Fossisa kto położył?