To rzekłszy, ruszył naprzód, a Kmicic za nim. Zaledwie ustawili się przy drzwiach, gdy ukazało się naprzód dwóch paziów, a za nimi wyszedł z wolna Jan Kazimierz.
— Miłościwy królu! — zakrzyknął pan Ługowski — są wieści z Częstochowy!
Woskowa twarz Jana Kazimierza ożywiła się nagle.
— Co? gdzie? kto jest? — spytał.
— Ten oto szlachcic! Powiada, że z samego klasztoru jedzie.
— Zali1130 klasztor już zdobyty? — zakrzyknął król.
Wtem pan Andrzej rymnął jak długi do nóg pańskich.
Jan Kazimierz pochylił się i począł podnosić go za ramiona.
— Na potem — wołał — na potem!... Wstań waść, na Boga, wstań! mów prędzej... Klasztor zdobyty?
Kmicic zerwał się ze łzami w oczach i krzyknął z zapałem: