— Koń mi pod lasem padł! — krzyknął. — Ścigają mnie!...
Panna Aleksandra utkwiła weń oczy:
— Waść spaliłeś Wołmontowicze?
— Ja!... Ja!...
Chciał coś dalej mówić, gdy wtem od strony drogi i lasu doszedł odgłos okrzyków i tętent koni, który zbliżał się z nadzwyczajną szybkością.
— Diabli po mą duszę!... Dobrze! — krzyknął jakby w gorączce Kmicic.
Panna Aleksandra w tejże chwili zwróciła się do prządek:
— Jeśli będą pytać, powiedzieć, że nie masz tu nikogo, a teraz do czeladnej i ze światłem tu przyjść!...
Po czym do Kmicica:
— Waść tam! — rzekła, ukazując na przyległą izbę.