To rzekłszy, Kmicic zdjął czapkę i ukazał królowi głęboką bruzdę, której białawe brzegi widne były doskonale.
— Nie wstyd mi tej rany — rzekł — bo mi ją zadał taki mistrz, jak nie masz drugiego w Rzeczypospolitej.
— Którenże1181 to jest taki mistrz?
— Pan Wołodyjowski.
— Dla Boga! Toż ja go znam. Cudów on pod Zbarażem1182 dokazywał. A potem byłem na weselu towarzysza jego, Skrzetuskiego, który mi pierwszy z oblężonego Zbaraża wieści przywiózł. Wielcy to kawalerowie! A był z nimi i trzeci, tego całe wojsko sławiło jako największego rycerza. Gruby szlachcic, a tak krotochwilny1183, żeśmy na weselu mało boków od śmiechu nie pozrywali.
— To pan Zagłoba, zgaduję! — rzekł Kmicic. — Człek to nie tylko mężny, ale dziwnych fortelów pełen.
— Cóż oni teraz czynią, nie wiesz?
— Wołodyjowski u księcia wojewody wileńskiego1184 dragonami dowodził.
Król zasępił się.
— I razem z księciem wojewodą Szwedom teraz służy?