Pan Tyzenhauz począł głową kręcić i cmokać, aż to zwróciło uwagę króla, tak że i sam począł patrzeć badawczej na Kmicica.
Ten zaś, zniecierpliwiony, zwrócił się do Tyzenhauza i rzekł:
— Mój mości panie! Czemu to ja się waćpana nie wypytuję, gdzieś przebywał i coś robił?
— Wypytuj waść — odrzekł Tyzenhauz. — Ja nie mam nic do ukrywania.
— Ja też nie staję przed sądem, a jeśli stanę kiedy, to nie waść będziesz moim sędzią. Zaniechaj mnie tedy, abym zaś cierpliwości nie stracił.
To rzekłszy, wyrzucił obuch tak szparko, że aż zmalał na wysokości, król oczy za nim podniósł i w tej chwili nie myślał już o niczym innym jak tylko o tym, czy Babinicz uchwyci go w lot, czy nie uchwyci...
Babinicz spiął konia, skoczył i uchwycił.
Lecz tego samego wieczora Tyzenhauz rzekł do króla:
— Miłościwy panie, coraz mniej mi się ten szlachcic podoba!...
— A mnie coraz więcej! — rzekł, wydymając usta, król.