Tegoż wieczora pan Tyzenhauz zbliżył się do pana Kmicica.
— Wybacz waszmość — rzekł — z miłości to do pana cię podejrzywałem1200.
Lecz Kmicic umknął mu ręki.
— O, nie może być! — odrzekł. — Zdrajcą i przedawczykiem mnie czyniłeś...
— Byłbym i więcej uczynił, bo byłbym waści w łeb strzelił — rzekł Tyzenhauz — ale gdym się przekonał, żeś zacny człowiek i króla miłujesz, rękę ci wyciągnąłem. Chcesz, przyjmij — nie chcesz, nie przyjmuj... Wolałbym z tobą jeno w przywiązaniu do osoby pańskiej emulować1201... Ale i innej emulacji się nie przestraszę.
— Tak waszmość myślisz?... Hm! może masz i słuszność, ale mi na waćpana mruczno.
— To przestań mruczeć... Tęgi z waszmości żołnierz! No! a dawaj no gęby, byśmy się w nienawiści spać nie układli.
— Niechże tak będzie — rzekł Kmicic.
I padli sobie w objęcia.