Nuncjusz ze zdumieniem patrzył na tych nie znanych sobie ludzi, rosłych, silnych, pokrytych częścią w skóry owcze, ubroczonych krwią i potrząsających dymiącymi jeszcze siekierkami.
Lecz oni na widok biskupów poodkrywali głowy. Wielu poklękało w śniegu.
Biskup krakowski podniósł załzawioną twarz ku niebu.
— Oto pomoc boska, oto Opatrzność, która czuwa nad majestatem.
Następnie zwrócił się do górali i rzekł:
— Ludzie, coście za jedni?
— Tutejsi! — odpowiedziano z tłumu.
— Czy wiecie, komuście przyszli w pomoc... Oto król i pan wasz, któregoście uratowali!
Na te słowa krzyk uczynił się w tłumie: „Król! król! Jezusie, Mario, król!” — Wierni górale poczęli się cisnąć do pana i tłoczyć. Z płaczem opadli go zewsząd, z płaczem całowali jego nogi, strzemiona, nawet kopyta jego konia. Zapanowało takie uniesienie, taki krzyk i szlochanie, że aż biskupi z obawy o osobę królewską musieli zbytni zapał hamować.
Król zaś stał wśród wiernego ludu, jak pasterz wśród owiec, i łzy wielkie, jasne jak perły, spływały mu po twarzy.