Żołnierze przychodzili kolejno, a między nimi i starszyzna. Zbliżył się więc Stankiewicz i dwaj Skrzetuscy, i Horotkiewicz, i Jakub Kmicic, i Oskierko, i pan Zagłoba.
— Prawda jest!... — rzekł cichym głosem pan Zagłoba, jakby bał się zbudzić księcia. — Najświętszą Pannę w rękach trzyma i blask mu od niej na lica pada...
To rzekłszy, zdjął kołpak z głowy. W tej chwili uczynili to wszyscy inni. Nastało milczenie pełne szacunku, które przerwał wreszcie Wołodyjowski.
— Ach! — rzekł — już on na sądzie bożym i ludzie nic do niego nie mają!
Tu zwrócił się do Charłampa:
— Lecz ty, nieszczęśniku, czemuś to dla niego ojczyzny i pana odstąpił?
— Dawajcie go sam!... — ozwało się zaraz kilka głosów.
Na to Charłamp wstał i wyjąwszy szablisko, cisnął ją z brzękiem na ziemię.
— Macie mnie, rozsiekajcie! — rzekł. — Nie odstąpiłem go razem z wami, gdy był potężny jako król, a potem nie godziło mi się go opuszczać, gdy był w mizerii i gdy nikt przy nim nie pozostał. Oj! nie utyłem na tej służbie, bom trzy dni już nic w gębie nie miał i nogi się chwieją pode mną... Ale macie mnie, rozsiekajcie! Gdyż i do tego się przyznaję... — tu głos pana Charłampa zadrgał — żem go miłował...
To rzekłszy, zatoczył się i byłby upadł, ale Zagłoba otworzył mu ramiona, chwycił go, podtrzymał, a potem krzyczeć począł: