— Bądźcie waszmościowie zdrowi!
— Jakże to? dokąd? — pytał Zagłoba, zastąpiwszy mu drogę.
— Król mi permisję1453 da, a ja pojadę i znajdę go! — mówił Kmicic.
— Na rany boskie! czekaj waść! Jeszcześ się wszystkiego nie dowiedział, a szukać go masz czas. Z kim pojedziesz? Gdzie go znajdziesz?
Kmicic może byłby nie słuchał, ale sił mu zbrakło, gdyż był ranami wycieńczon, więc obsunął się na ławę i plecami wsparłszy się o ścianę, przymknął oczy.
Zagłoba podał mu kielich wina, a on chwycił go drżącymi rękoma i rozlewając płyn na brodę i piersi, wychylił do dna.
— Nie masz tu nic straconego — rzekł Jan Skrzetuski — jeno roztropności trzeba tym większej, że z tak znamienitym panem sprawa. Prędkim uczynkiem a nagłą imprezą możesz waćpan zgubić pannę Billewiczównę i siebie.
— Wysłuchaj Charłampa do końca — rzekł pan Zagłoba.
Kmicic zacisnął zęby.
— Słucham cierpliwie.