— Tatarzy! orda!
Lecz Tatarzy mijali spokojnie bryki, wozy ładowne, stada koni i przejeżdżających. Inaczej by było, gdyby wódz pozwolił, ale samowolnie nic przedsięwziąć nie śmieli, bo na własne oczy patrzyli przy wyruszeniu, jako temu wodzowi sam Akbah-Ułan strzemię trzymał.
Tymczasem Lwów już zniknął w dali za mgłami. Tatarzy przestali śpiewać i czambuł poruszał się z wolna wśród tumanów pary podnoszącej się z koni. Nagle tętent rumaka rozległ się za czambułem.
Po chwili ukazało się dwóch jeźdźców. Jeden z nich był pan Wołodyjowski, drugi dzierżawca z Wąsoszy. Obaj, pomijając oddział, pędzili wprost do pana Kmicica.
— Stój! stój! — wołał mały rycerz.
Kmicic wstrzymał konia.
— To wasza mość!
Wołodyjowski osadził z kolei szkapę.
— Czołem! — rzekł — listy od króla! Jeden do waszmości, drugi do wojewody witebskiego.
— Jaż do pana Czarnieckiego jadę, nie do pana Sapiehy.