— Ja teraz, mamusiu, wiem, że jak chore dziecko o co prosi, to mu nigdy nie odmawiają.
I czas jakiś przytulała się jeszcze do matki w milczeniu, poczem, przeciągając każde słowo, jak czynią dzieci senne, lub bardzo osłabione, rzekła:
— Pan Stach nie będzie więcej smutny i powiem mamusi, dlaczego...
Lecz tu główka jej poczęła ciążyć na piersiach matki i pani Emilia uczuła zimny pot, występujący zarówno na ręce dziecka, jak na jego skronie.
— Lituś! — zawołała cichym, przerażonym głosem.
A dziewczynka poczęła mówić:
— Tak mi dziwnie! tak słabo!...
Myśli jej poczęły się widocznie mącić, gdyż po chwili mówiła dalej:
— O! morze płynie! Takie duże morze, i my wszyscy po niem płyniemy. Mamo, mamo!...
I przyszedł znowu atak, straszny, niemiłosierny. Ciało dziewczynki wyprężyło się w konwulsyi, a źrenice jej uciekły w tył głowy. Nie było się już co łudzić: nadchodziła śmierć, czuć ją było w bladem świetle lampki i w mrocznych kątach pokoju, w dźwięku szyb, bitych deszczem, i w szumie wiatru, pełnym przerażających głosów i wołań.