— Ha! niechże wraca.
— Wiesz, co mi także przychodzi do głowy. Skoro jesteś „aferzystą”, weź ty się do tego interesu. Znajdź sobie tylko wspólników.
— To za gruba dla mnie sprawa.
— Więc znajdź mi kupca: dam ci dziesięć procent od zysków.
— Co panna Marya myśli o tym marglu?
— Marynia, jak to Marynia. Złote dziecko, ale dziecko! I ona jednak wierzy, że Opatrzność czuwa nad naszą rodziną.
— Słyszałem to od niej wczoraj.
Tymczasem zaczęli się zbliżać do Wątorów i do leżącego na wzgórzu wśród lip kościoła. Pod wzgórzem stało kilkanaście chłopskich drabiniastych wózków, oraz kilka bryczek i powozików.
Pan Pławicki przeżegnał się.
— To nasz kościółek, który musisz pamiętać. Wszyscy Pławiccy tu leżą i ja wkrótce będę leżał. Nigdzie nie modlę się lepiej, jak tu.