Marynia oddała mu uścisk bardzo serdecznie i rzekła:
— Dla jej pamięci też powinniśmy zapomnieć o wszystkich dawnych urazach.
— To się już stało — odpowiedział Połaniecki — a co do mnie, to chciałem, żeby tak było jeszcze na długo przed śmiercią Litki.
— To też odtąd zaczęła się moja wina, za którą pana przepraszam.
I znów podała mu rękę. Połaniecki zawahał się przez chwilę, czy ma ją podnieść do ust, nie uczynił tego jednak, tylko rzekł.
— A więc zgoda?
— I przyjaźń? — odpowiedziała Marynia.
— I przyjaźń.
W oczach jej odbiła się głęboka spokojna radość, która opromieniła całą jej twarz łagodnem światłem. Było w niej teraz tyle dobroci i ufności, że Połanieckiemu mimowoli przypomniała się owa dawna Marynia, którą widział w Krzemieniu, gdy siedziała na ganku ogrodowym, w promieniach zachodzącego słońca.
Jednakże od śmierci Litki był on w takim nastroju, że podobne wspomnienia uważał za niegodne siebie, więc wstał i począł się żegnać.