— Słuchaj. Ty mnie masz trochę za szuję — a ja mniej nią jestem, niż myślisz. Udawałem — jak powiadasz — prawda! musiałem się wykręcać, jak piskorz, i w tych wykrętach schodziłem czasem z bitej drogi... Alem się zmęczył i powiem ci otwarcie, że chce mi się trochę szczęścia, bom go nie miał. Dlatego chciałem się żenić z twoją dzisiejszą narzeczoną, choć jest niemajętna. A co do panny Krasławskiej, czy ty wiesz, że są czasem chwile, w których wolałbym, żeby się okazało, że nic nie ma, ale żeby w zamian nie opuściła mnie, gdy się dowie, że i ja nic nie mam. To ci szczerze mówię — a teraz: dobranoc!
— No! — mówił sobie Połaniecki — to coś w Maszce nowego.
I wszedł do bramy. Stanąwszy u drzwi, usłyszał ze zdziwieniem w swojem mieszkaniu fortepian. Służący powiedział mu, że to Bigiel czeka na niego od dwóch godzin.
Połaniecki zaniepokoił się, ale pomyślał, że gdyby powodem bytności Bigiela było co niepomyślnego, toby nie wygrywał na fortepianie. Jakoż okazało się, że Bigielowi potrzeba było pilno tylko podpisu Połanieckiego do sprawy, która musiała być załatwiona nazajutrz rano.
— Mogłeś mi zostawić papiery i iść spać — rzekł Połaniecki.
— Ja też wyspałem się u ciebie na sofie, a potem siadłem do fortepianu. Niegdyś grałem tak dobrze, jak i na wiolonczeli, ale teraz już palce ciężkie. Twoja Marynia podobno gra: to taka miła rzecz w domu!
A Połaniecki począł się śmiać swoim szczerym, życzliwym śmiechem.
— Moja Marynia? Moja Marynia posiada talent ewangeliczny: „nie wie lewica, co robi prawica”. Biedactwo kochane! Nie ma też żadnej pretensyi i grywa tylko wówczas, kiedy ją o to proszą.
Na to rzekł Bigiel:
— Niby się to wyśmiewasz, ale tak się wyśmiewają tylko zakochani.