Marynia zawsze była na to gotowa. Nie będąc przedtem nigdy w życiu za granicą, żyła wprost w nieustającem upojeniu i zdawało jej się, że wszystko, co ją otacza, jest snem. Nieraz, z nadmiaru zachwytu, rzucała się mężowi na szyję, tak jakby to on zbudował Wenecyę i jakby jemu wyłącznie należało się podziękowanie za jej piękność; nieraz także powtarzała:
— Patrzę, widzę i nie wierzę, że to prawda!
Pojechali więc ku Rialto. Ruchu było jeszcze, z powodu wczesnej godziny, mało, woda jakby śpiąca, dzień cichy, przezroczysty, ale niezbyt słoneczny, jeden z takich, w których Canale Grande przy całej swej piękności ma spokój cmentarza; pałace zdają się puste i zapomniane, a w nieruchomem ich odbiciu w toni jest jakiś głęboki smutek rzeczy martwych. Patrzy się wówczas na nie w milczeniu i jakby z obawą, by słowami nie zamącić ogólnej ciszy.
Tak też patrzyła Marynia. Ale Połaniecki, mniej wrażliwy, przypomniał sobie, że ma w kieszeni list, więc go wydobył i począł czytać, a po chwili rzekł:
— A! — Maszko także już żonaty. Ich ślub odbył się w trzy dni po naszym.
Marynia zaś, jakby zbudzona ze snu, spytała, mrugając oczyma:
— Co mówiłeś?
— Mówiłem, rozmarzona głowo, że ślub Maszki już się odbył.
Ona zaś wsparła głowę na jego ramieniu i patrząc mu w oczy, odpowiedziała:
— Co mi tam Maszko, ja mam swojego Stacha.