— Mówię, że pani ma ogromnie swojski typ: o to, o! naprzykład (tu pociągnął sobie wielkim palcem przez nos, usta i brodę). I jaka przytem czystość linii!
— Co? nieprawda? — rzekł z zapałem Połaniecki — zawsze to samo myślałem!
— Założę się, żeś tego nigdy nie myślał — odparł Bukacki.
Lecz Połaniecki rad był i dumny z tego zajęcia, jakie w słynnym artyście wzbudziła Marynia, więc rzekł:
— Gdyby tak panu zrobiło jakąkolwiek przyjemność malowanie jej portretu, mnieby zrobiło jeszcze większą przyjemność mieć go.
— Z duszy serca — odpowiedział z prostotą Świrski — ale ja jadę dziś do Rzymu. Tam mam też zaczęty portret pani Osnowskiej.
— I my właśnie, najdalej za dziesięć dni, będziemy w Rzymie.
— A więc zgoda!
Marynia dziękowała, czerwieniąc się po uszy. Lecz Bukacki począł się żegnać i pociągnął za sobą Świrskiego. Wyszedłszy, rzekł mu:
— Mamy jeszcze czas. Chodź do Florianiego na kieliszek koniaku.