— Powiem ci teraz szczerze: nigdym lepiej nie czuł, żem z życia zrobił głupią farsę i żem je zmarnował, jak pies.
Po chwili zaś dodał:
— I gdybym był chociaż znajdował prawdziwe upodobanie w tej metodzie, według której żyłem — ale i to nie. Jaka głupia ta nasza epoka! Człowiek się rozdwaja: wszystko, co w nim lepsze, chowa i zatyka gdzieś w kąty, a staje się jakąś małpą, czy pajacem, i to gorzkim pajacem, a w dodatku często nieszczerym. Więcej wmawiać w siebie marność życia, niż ją odczuwać — jakie to dziwne! Jedna rzecz mnie pociesza, że czemś naprawdę rzeczywistem w życiu jest tylko śmierć — chociaż z drugiej strony, to znów nie racya, żeby przedtem, nim ona przyjdzie, mówić na wino, że to ocet...
— Mój kochany — odpowiedział Połaniecki — tyś się zawsze męczył tem ciągłem nawijaniem myśli na byle motek. Nie czyńże tego teraz.
— Masz słuszność. Ale nie mogę o tem nie myśleć, że pókim chodził i był jako tako zdrów, drwiłem z życia, a teraz — powiem ci to pod sekretem — ja mam ochotę jeszcze żyć.
— I będziesz.
— Ej, daj spokój. Żona twoja mi to wmówiła — ale teraz znów nie wierzę. I ciężko mi. Zmarnowałem się. Ale słuchaj, dlaczego chciałem z tobą mówić. Nie wiem, czy czeka mnie jaki obrachunek, czy nie? Szczerze ci mówię: nie wiem! — a jednak mam jakiś dziwny niepokój, jakbym się czegoś bał — i powiem ci czego: oto, że ja tam, dla swoich, nic nie zrobiłem, a mogłem! mogłem!... Przed tą myślą strach mnie bierze — daję ci słowo! To jest niegodna rzecz! Nic nie zrobiłem: zjadałem darmo chleb, a teraz... śmierć. Jeśli są jakie baty i jeśli mnie czekają, to za to — i słuchaj Stachu — ciężko mi!...
Tu jakkolwiek mówił zwykłym sobie, niedbałym tonem, twarz jego poczęła wyrażać istotny niepokój — usta pobladły mu nieco, a na czole osiadło kilka kropel potu.
— Dajże pokój! — rzekł Połaniecki — ot, co mu do głowy przychodzi! Szkodzisz sobie!
Lecz Bukacki mówił dalej: