I natychmiast począł układać rzecz, tak, jakby układał sztukę. Wyobraził sobie, że się naprawdę kocha w tamtej „sennej królewnie”, że jest nieszczęśliwy i że wyznaje swoją tajemnicę Maryni, która go słucha pochylona, z wilgotnemi z litości oczyma i, jak prawdziwa siostra, kładzie mu rękę na czoło. Ta gra fantazyi wydała mu się tak oczywistą, a wrażliwość jego była tak wielką, że komponował wyrażenia, jakiemi będzie spowiadał się Maryni — wynajdywał proste a rozdzierające — i czynił to z takiem przejęciem, że się niemal wzruszał zupełnie szczerze.
Marynia zaś, wracając z mężem do domu, rozmyślała o tym wierszu, zatytułowanym Lilia, który opóźnił wydanie książki. Jako prawdziwa kobieta, trochę go była ciekawa, a trochę się go bała. Bała się też wogóle trudności, jakie mogła zrodzić w stosunku z Zawiłowskim przyszłość.
I pod wpływem tych obaw rzekła:
— Wiesz, o czem ja myślę? że taka Lineta, to byłby jednak wielki los dla Zawiłowskiego.
— Powiedz mi — odpowiedział Połaniecki — co wam strzeliło do głowy z tym Zawiłowskim i z tamtą włoską gidyą?
— Ja, mój Stachu, przecie nie swatam, tylko mówię, że nie byłoby to źle. Anetce Osnowskiej trochę się pali w głowie, to prawda, ale ona taka żywa, jak iskra.
— Narwana, nie żywa, ale wierz mi, że nie taka naiwna, jak się wydaje, i we wszystkiem ma swój osobisty planik. Czasem myślę, że ją panna Castelli tyle obchodzi, ile mnie, i że na dnie tego wszystkiego jest coś innego.
— Cóżby mogło być?
— Nie wiem, a nie wiem może dlatego, że i to mnie mało obchodzi. Wogóle nie mam zaufania do tych kobiet.
Dalszą rozmowę przerwał im Maszko, który zajeżdżał właśnie dorożką przed ich dom, i ujrzawszy ich, pośpieszył powitać Marynię, następnie rzekł do Połanieckiego: