— Pan masz sposób wydawania doraźnych sądów, który mi się nie podoba, dlatego miło mi go pożegnać.
I skłoniwszy się, porwał za kapelusz i wyszedł.
Stary pan Zawiłowski zaś, który przywykł sobie na wszystko pozwalać i któremu wszystko uchodziło, patrzył czas jakiś z osłupieniem na córkę i dopiero po długiem milczeniu zawołał:
— Co on się „wścik?”
Młody człowiek nie opowiedział pani Broniczowej tego, co zaszło. Wspomniał tylko, że był z wizytą i że ojciec i córka zarówno mu się nie podobali. Dowiedziała się jednak o wszystkiem od samego starego Zawiłowskiego, który zresztą nawet w oczy nie nazywał panny Castelli inaczej, jak „Półdyablę weneckie”.
— Nasłałaś mi pani za to całego dyabła — rzekł jej — dobrze, że mi głowy nie rozbił.
W głosie jego przebijało jednak jakby pewne zadowolenie, że to Zawiłowski okazał się taki czupurny, ale pani Broniczowa, nie zauważywszy tego odcienia, wzięła rzecz nieco do serca i ku wielkiemu zadziwieniu „całego dyabła”, rzekła mu:
— On przepada za Linetką i to jest u niego rodzaj pieszczoty, a przytem człowiekowi, mającemu taką pozycyę i w tym wieku, dużo trzeba przebaczyć. Pan musiał nie czytać powieści Kraszewskiego: „Półdyablę weneckie...” To jest przezwanie, w którem jest od tego czasu pewna poezya... Jak się staruszek udobrucha, niech pan do niego parę słów napisze — dobrze? Takie stosunki trzeba podtrzymywać...
— Pani — odpowiedział Zawiłowski — nie napiszę za nic w świecie!
— Nawet gdybym nietylko ja o to prosiła?