— Dobry wieczór, Stanisławie — rzekł — a pani Broniczowa nie wróciła?
— Właśnie wyglądam: tylko co starszej pani nie widać.
— Panie są jeszcze w salonie?
— Są — i pan Kopowski też.
— A kto mi otworzy?
— Tam otwarte, ja ino na chwilę zeszedłem.
Zawiłowski poszedł na górę — ale nie znalazłszy we wspólnym salonie nikogo, przeszedł do pracowni. Tam było jednak również pusto, natomiast z przyległego mniejszego pokoiku doszły go przez portyerę, przedzielającą ów salonik od pracowni, jakieś ciche głosy.
W przypuszczeniu, że znajdzie tam obie panie wraz z Kopowskim, uchylił portyerę — i spojrzawszy, skamieniał.
Panny Castelli nie było w saloniku, natomiast Kopowski klęczał przed panią Osnowską, która, trzymając ręce zanurzone w jego bujnych włosach, odchylała mu w tył głowę, zniżając jednocześnie swą twarz, jakby dla złożenia na jego czole pocałunku.
— Aneto! jeśli mnie kochasz! — mówił zdławionym przez namiętność głosem Kopowski.