IV
— Co mi pani Osnowska i co mi jej wszystkie sprawki? — mówił sobie nazajutrz Zawiłowski, idąc do pani Broniczowej — ja nie żenię się z panią Osnowską, tylko z tą moją! Po com ja się wczoraj tak szarpał i dręczył?
I rzekłszy to do „swojej duszy wyniosłej”, począł już tylko myśleć o tem, co powie pani Broniczowej, albowiem, mimo upewnień Osnowskiego, mimo wszelkiej nadziei, że ta rozmowa będzie tylko jakąś formą, którą trzeba wypełnić, mimo zaufania do serca Linety i dobroci pani Broniczowej, „wyniosła dusza” była w strachu. Zastał obie panie razem — i już, ośmielony dniem wczorajszym, przycisnął do ust rękę Castelki, która spłoniwszy się leciuchno, rzekła:
— A ja uciekam!
— Niteczko, zostań! — rzekła pani Broniczowa.
— Nie — odpowiedziała — boję się i tego pana, i cioci.
Tak mówiąc, poczęła się ocierać swoją złotawą główką, jak rozpieszczona kotka, o ramię pani Broniczowej, powtarzając:
— Ciociu, nie zrób mu krzywdy! nie zrób mu krzywdy!
I spojrzawszy na niego, uciekła rzeczywiście. Zawiłowski ze wzruszenia i nadmiaru miłości blady był jak płótno, a pani Broniczowa miała łzy na rzęsach.
I widząc, że on gardło ma tak ściśnięte, że łatwiejby mu było płakać, niż mówić, rzekła: