Tymczasem pan Pławicki trzymał czoło ciągle ukryte w dłoni i milczał.
— Nareszcie chciałbym coś wiedzieć... — zaczął Połaniecki.
Lecz tamten potrząsnął ręką, dając znać, że chce być jeszcze sam ze swemi myślami.
I nagle podniósł rozjaśnioną twarz.
— Stachu — rzekł — po co my się kłócimy, kiedy jest tak prosty sposób wyjścia.
— Jaki?
— Bierz margiel!
— Co?
— Sprowadź tu swego wspólnika, sprowadź jakiego specyalistę, oszacujemy mój margiel i zrobimy we trzech współkę. Twój... jak się tam nazywa? Bigiel? spłaci mi tyle, ile na niego wypadnie, ty albo coś dopłacisz, albo nie — i pójdziemy razem, a zyski mogą być olbrzymie.
Połaniecki wstał.