Połaniecki uśmiechnął się i rzekł:
— Zwiedzając Buczynek, dowiedziałem się, że Jaśmień tuż, i postanowiłem tam pojechać. Panna Helena zaprowadziła mnie do ojca, ale on kończył sobie właśnie różaniec i nie przywitał się ze mną, póki nie odmówił ostatniej zdrowaśki. Potem zaczął mnie przepraszać i powiada tak: „Bo to tam matadory niebieskie swoją drogą, a z Nią człek śmielszy i po staremu, jak Ona się zmiłuje, to i dobrze, bo Jej niczego nie odmówią”.
— Co to za typ! — zawołał Świrski.
Bigielowie poczęli się śmiać, pani Marynia rzekła jednak, że jest w takiej ufności coś wzruszającego, na co Świrski zgodził się, Połaniecki zaś mówił dalej:
— Potem wspomniał mi, że mu czas myśleć o testamencie, a ja nie zaprzeczałem, jak się zwykle robi, bo mi chodziło o naszego Zawiłka. Powiedziałem mu natomiast, że to jest kwestya czysto prawna, na którą nigdy nie zawcześnie — i że nawet zupełnie młodzi ludzie powinni o tem myśleć.
— To i moje zdanie — wtrącił Bigiel.
— Mówiliśmy też i o młodym Zawiłowskim — rzekł Połaniecki — staruszek pokochał go serdecznie.
— Jakże! — zawołał Świrski. — Jak się dowiedział, że byłem w Przytułowie, zaraz zaczął się o niego dopytywać.
— To pan był w Przytułowie? — spytała pani Połaniecka.
— Cztery dni, pani — odrzekł malarz. — Ogromnie lubię Osnowskiego.