— Nie... nie mógłbym zasnąć — odpowiedział Połaniecki.
Tymczasem Świrski mówił:
— Niema nic wiatru. Żadna gałązka ani się poruszy. Prawdziwy letni dzień! Czy państwo uważają, że w czasie upału i w chwilach takiej ciszy cały świat wydaje się jakby zamyślony. To, pamiętam, Bukacki zawsze mawiał, że jest w tem coś mistycznego — i że chciałby umierać w taki słoneczny dzień... ot, tak sobie: siedzieć w fotelu, potem zasnąć i wsiąknąć w światło...
— I nie umarł w lato — zauważył Bigiel. — Ale na wiosnę... i w pogodę. Przytem na ogół biorąc, nie męczył się, a to nadewszystko.
Tu umilkł na chwilę, poczem dodał:
— Bo śmierć — z tem się można i trzeba pogodzić i to mnie nigdy nie oburzało — ale po co istnieje cierpienie, to dalibóg, przechodzi ludzkie pojęcie.
Nikt nie podniósł tej uwagi, więc Świrski, strzepnąwszy popiół z cygara, rzekł:
— Ale mniejsza z tem. Po obiedzie i przy czarnej kawie można znaleźć weselszy temat.
— O Zawiłku, niech nam pan powiada o Zawiłku! — zawołała pani Bigielowa.
— Zawiłek podoba mi się. Widać we wszystkiem, co on robi i mówi, lwi pazur — i wogóle to niepospolita organizacya... ogromnie bujna. Przez te parę dni w Przytułowie poznaliśmy się trochę bliżej i zaprzyjaźnili. Nie macie państwo pojęcia, jak Osnowski go pokochał. I z nim, z Osnowskim, mówiłem otwarcie, że się boję, czy taki Zawiłek może być szczęśliwy z temi paniami.