— Nie; starszy pan jeździ na sumę, a potem idzie do kanonika, więc panienka woli jeździć na ranną mszę.
— Co państwo w niedzielę porabiają?
— Siedzą w domu. Na obiad przyjeżdża pan Gątowski.
Tego Gątowskiego Połaniecki znał małym chłopcem. Za owych czasów przezywał go „niedźwiadkiem”, był to bowiem chłopak tłusty, niezgrabny i mrukliwy. Służący objaśnił, że ojciec pana Gątowskiego umarł od lat sześciu i młody sam gospodarzy w sąsiednim Jałbrzykowie.
— I przyjeżdża tu co niedziela? — spytał Połaniecki.
— Czasem i w powszedni dzień wieczorem.
— Konkurent! — pomyślał Połaniecki.
Po chwili spytał:
— Starszy pan wstał już?
— Musiał pan dzwonić, bo Józef poszedł do pana.