Nagle królowa znika, drzwi otwierają się z trzaskiem i staje w nich ni mniej, ni więcej, jak tylko Don Jose, zacięty wróg Serrana.

— Czego tu chcesz? Ktoś ty? — woła Serrano.

— To ja, Rzepa — odpowiada ponuro Don Jose.

Zołzikiewicz budzi się po raz drugi; Eskurial staje się znów murowańcem; świeca się pali, mucha przy knocie trzeszczy i pryska błękitnymi kropelkami; we drzwiach stoi Rzepa, a za nim... pióro wypada mi z ręki... przez półodchylone drzwi wsadza łeb i kark Kruczek.

Potwór trzyma oczy utkwione w pana Zołzikiewicza i zdaje się uśmiechać.

Zimny pot naprawdę występuje na skronie pana Zołzikiewicza, a przez głowę przelatuje mu myśl: „Rzepa przyszedł połamać mi kości, a Kruczek z drugiej strony...”

— Czego tu obaj chcecie? — woła wystraszonym głosem.

Ale Rzepa kładzie rubla na stół i odzywa się pokornie:

— Jelemozny pisarzu! A to ja przyszedłem wedle... tej branki.

— Won! won! won! — krzyknie na to Zołzikiewicz, w którego nagle duch wstąpił.