— A może kawy?
— Nie — nie mogę od śmiechu.
Śmieli się i państwo Skorabiewscy przez grzeczność dla rewizora, choć tego opowiadania musieli słuchać, jak zapisał, co niedziela; wesołość była ogólna, gdy nagle przerwał ją cichy, lękliwy głos z zewnątrz ganku, który rzekł:
— Niech będzie pochwalony!
Pan Skorabiewski zaraz podniósł się, wyszedł przed ganek i spytał:
— A kto tam?
— To ja, Rzepowa.
— Czego?
Rzepowa schyliła się, o ile jej na to dzieciak pozwalał, i podjęła go pod nogi.
— Po ratunek, jaśnie dziedzicu, i po zmiłowanie.