— Byłem we dworze.
— I nie wskórałeś nic.
A on pięścią o stół.
— Podpalić by ich, psiowiary.
— Cichajże, zbereźniku. Co ci tam pan powiedział?
— Odesłał mnie do naczelnika. Żeby jego...
— Ono to chyba trzeba iść do Osłowic.
— A to i pójdę! Albo to nad panem nie ma już nikogo na świecie
Dziwna rzecz! Rzepa od owej bytności we dworze nawet o pisarzu i wójcie nie odzywał się z taką namiętnością jak o panu. Wójt i pisarz srodze mu zapiekli, ale on sobie rozumował, że oni od tego i są — dwór co innego — dwór mógł go poratować, a nie chciał.
— Pojadę do Osłowic — mówił zaraz wtedy — i pokażę mu, że się bez niego obędzie.