— Zostawiła język w chałupie — dodał drugi.

— Czegóż chcecie? — powtórzył jeszcze niecierpliwiej naczelnik. — Pijaniście czy co?

— O Jezusie! Maryja! — wykrzyknęła Rzepowa czując, że ostatnia deska zbawienia wysuwa się jej z rąk. — Przenoświętsy nacel...

Ale on był istotnie bardzo zajęty, bo to i spisy się już zaczęły, i interesów było mnóstwo, a przy tym jeszcze miał być i bal w Osłowicach, który on z obowiązku urządzał — zresztą z kobietą dogadać się nie mógł, więc tylko kiwnął ręką i zawołał:

— Ot! wódka! wódka! A kobieta młoda i ładna.

Potem do Rzepowej takim głosem, że mało się pod ziemię nie schowała:

— Jak wytrzeźwiejesz, to sprawę przedstawić gminie, a gmina niech przedstawi mnie.

Trzasnąwszy jakby z bata ostatnim wyrazem, poszedł spiesznie dalej, a panowie za nim powtarzając: „Panie naczelniku dobrodzieju”, „Słóweczko, panie naczelniku”, „Łaskawy naczelniku!”


Korytarze opustoszały; zrobiło się na nich cicho, tylko dzieciak Rzepowej począł wrzeszczeć. Więc rozbudziła się jakoby ze snu, wstała, podniosła dziecko i zaczęła mu pośpiewywać jakimś nie swoim głosem: