— Bogać ich się tam pozbędzie!

— A ja wam mówię, że naczelnik skarżył się, że w Baraniej Głowie lud niedobry. Na składkę, powiada, nic nie dali i piją. Burak, powiada, ludzi nie pilnuje, więc się też i na nim skrupi.

— Ba! dyć ja wiem — odrzekł wójt — że się wszystko na mnie krupi. Jak Rozalka Kowalicha zległa, sąd kazał jej dać dwadzieścia pięć, dlatego tylko, żeby na drugi raz pamiętała, że to, powiada, dziewce nieładno. Kto kazał. Ja? Nie ja, jeno sąd. A mnie do tego co? Niech ta sobie i wszystkie legną. Sąd kazał, a potem na mnie. „Czy to nie wiesz — powiada naczelnik — że teraz kara cielesna zniesiona! — i zara buch mię w pysk — że bić nie wolno nikogo?” — i znów mię w łeb. Taka już moja dola...

W tym miejscu krowa z łoskotem uderzyła o ścianę, że aż się kancelaria zatrzęsła. Wójt zawołał głosem pełnym goryczy:

— A hej, żeby cię wciórnaści!

Pisarz, który przez ten czas siadł na stole, począł znów dłubać w nosie.

— Dobrze wam tak — rzekł — czemu się nie pilnujecie. Z tym piciem będzie tak samo. Jedna parszywa owca wszystkie zaraża. Albo to nie wiadomo, kto w Baraniej Głowie wszystkim dowodzi i ludzi ciąga do karczmy?

— Pewnikiem, że nie wiadomo, a co do picia: jenszy się też potrzebuje napić, jak się napracuje w polu.

— A ja wam mówię tylko to: jednego Rzepy się pozbyć i wszystko będzie dobrze.

— Cóże mu ta łeb urwę?