— Tak! To przecie łotry, katy, mordercy, a Nel w ich ręku!...
— Nie zamordujesz jej — powtórzył.
Zbliżył się ku nim — znów stanął i — nagle z błyskawiczną szybkością podniósł strzelbę do twarzy.
Dwa strzały jeden za drugim targnęły echem wąwozu: Gebhr runął na ziemię jak wór piasku, a Chamis pochylił się w kulbace i uderzył krwawym czołem o kark koński.
Dwaj Beduini wydali okropny okrzyk przerażenia i zeskoczywszy z koni rzucili się ku Stasiowi. Zakręt był za nimi niedaleko i gdyby byli uciekali za siebie, czego Staś życzył sobie w duszy, byliby mogli uchronić się przed śmiercią. Ale zaślepionym trwogą i wściekłością wydało się, że dopadną chłopca wpierw, nim zdoła zmienić naboje, i zadźgają go nożami. Głupcy! ledwie przebiegli kilkanaście kroków, szczęknęła znów złowroga strzelba, wąwóz odegrzmiał echem nowych strzałów i obaj padli twarzami na ziemię, rzucając się i tłukąc jak wyjęte z wody ryby.
Jeden — gorzej w pośpiechu strzelony — podniósł się jeszcze i wsparł na rękach, ale w tej chwili Saba zatopił mu kły w karku.
Nastała śmiertelna cisza.
Przerwały ją dopiero jęki Kalego, który rzucił się na kolana i wyciągnąwszy przed się ręce krzyczał w łamanym języku ki-swahili:
— Bwana kubwa! (Panie wielki) zabić lwa, zabić złych ludzi, ale nie zabijać Kalego!
Staś jednak nie zważał na jego wołanie. Czas jakiś stał jak błędny, po czym spostrzegłszy zbielałą twarzyczkę Nel i jej na wpół przytomne, rozszerzone z przerażenia oczy skoczył ku niej: