Potem nastąpiło śniadanie złożone z wybornych dzikich fig i z combra62 gnu, a podczas śniadania Kali opowiadał swe przygody. Staś zaś tłumaczył je nie rozumiejącej języka ki-swahili Nel na angielski. Bawół, jak się pokazało, uciekł daleko. Kalemu trudno było znaleźć ślad, ponieważ noc była bezksiężycowa. Na szczęście dwa dni przedtem padał deszcz i ziemia nie była zbyt twarda, skutkiem czego racice ciężkiego zwierzęcia wybijały w niej zagłębienia. Kali szukał ich za pomocą palców u nóg i szedł długo. Bawół padł wreszcie i musiał paść nieżywy, gdyż nie było żadnych śladów walki między nim a Sabą. Gdy Kali ich znalazł, Saba zżarł już był większą część przedniej łopatki bawołu, ale choć więcej już jeść nie mógł, nie pozwalał jednak zbliżyć się do mięsa dwom hienom i kilkunastu szakalom, które stały naokół czekając, aż silniejszy drapieżnik ukończy ucztę i odejdzie.
Chłopiec skarżył się, że pies warczał także i na niego, ale on wówczas zagroził mu gniewem „pana wielkiego” i bibi, po czym wziął go za obrożę i odciągnął od bawołu, a puścił dopiero w wąwozie.
Na tym skończyło się opowiadanie nocnych przygód Kalego, po czym wszyscy w dobrych humorach siedli na konie i pojechali dalej.
Jedna tylko długonoga Mea, lubo cicha i pokorna, spoglądała z zazdrością na naszyjnik młodego Murzyna i na obrożę Saby i myślała ze smutkiem w duszy:
„Oni obaj są «wielki świat», a ja mam tylko mosiężną obrączkę na jednej nodze.”
ROZDZIAŁ XXIV
Przez następne trzy dni jechali wciąż wąwozem i zawsze w górę. Dni były przeważnie upalne, noce na przemian chłodne albo parne. Zbliżała się pora dżdżysta. Zza widnokręgu wysuwały się tu i ówdzie chmury, białe jak mleko, ale głębokie i zawalne. Stronami widać było już smugi dżdżu i dalekie tęcze. Nad ranem trzeciego dnia jedna z takich chmur pękła nad ich głowami jak beczka, z której zleciała obręcz, i pokropiła ich ciepłym i obfitym, ale na szczęście krótkotrwałym deszczem. Potem pogoda uczyniła się jednak piękna i mogli jechać dalej. Pentarki ukazywały się znów w takiej ilości, że Staś strzelał do nich nie zsiadając z konia i zabił w ten sposób pięć sztuk, co licząc nawet z Sabą aż nadto starczyło na jednorazowy posiłek. Podróż w odświeżonym powietrzu nie była wcale uciążliwa, a obfitość zwierzyny i wody usuwała obawę głodu i pragnienia. W ogóle szło im łatwiej, niż się spodziewali, toteż Stasia nie opuszczał dobry humor i jadąc obok dziewczynki gwarzył z nią wesoło, a chwilami i żartował:
— Wiesz co, Nel — mówił, gdy na chwilę zatrzymali konie pod wielkim drzewem chlebowym, z którego Kali z Meą obcinali podobne do ogromnych melonów owoce — czasem mi się zdaje, że ja jestem błędny rycerz.
— A co to jest błędny rycerz? — zapytała Nel zwracając ku niemu swą śliczną główkę.
— Dawno, dawno temu, w średnich wiekach, byli tacy rycerze, którzy jeździli po świecie i szukali przygód. Walczyli z olbrzymami i smokami i wiesz? Każdy miał swoją damę, którą opiekował się i której bronił.