— Stasiu, lew nas nie napadnie?... prawda? — szeptała Nel pociągając chłopca za rękaw.
— Nie. Nie napadnie. Patrz, jaka zeriba wysoka...
I mówiąc tak wierzył istotnie, że niebezpieczeństwo im nie grozi, ale lękał się o konie, które coraz bliżej cisnęły się do płotu i mogły go stratować.
Tymczasem stękanie przeszło w przeciągły grzmiący ryk, od którego truchleje wszelkie żywe stworzenie, a ludziom, nawet nie znającym trwogi, drgają tak nerwy, jak drgają szyby od dalekich strzałów armatnich.
Staś rzucił przelotne spojrzenie na Nel i widząc jej trzęsącą się bródkę i wilgotne oczy rzekł:
— Nie bój się! nie płacz!
A ona odpowiedziała tak samo jak niegdyś w pustyni:
— Ja nie chcę płakać... tylko mi się... oczy pocą! Oj!
Ostatni wykrzyk wyrwał jej się z ust dlatego, że w tej chwili od strony lasu zagrzmiał drugi ryk jeszcze potężniejszy od pierwszego, bo bliższy. Konie poczęły wprost pchać się na zeribę i gdyby nie długie i twarde jak stal kolce akacjowych gałęzi, byłyby ją przełamały. Saba warczał i zarazem drżał jak liść, Kali zaś jął powtarzać przerywanym głosem:
— Panie! dwa! dwa!... dwa!...