— Aha — zawołał z góry na Nel — niech zrozumie, że to on musi mnie słuchać.
I ją klepać go dłonią po głowie, z miną władcy i pana.
— Dobrze! — zawołała z dołu Nel — ale jak teraz zleziesz?
— To mały kłopot — odpowiedział Staś.
I przewiesiwszy nogi przez czoło słonia objął nimi trąbę i zsunął się po niej jak po drzewie.
— Ot, jak zlezę!...
Po czym oboje zajęli się wyjmowaniem resztek kolców z nóg słonia, który poddawał się temu z nadzwyczajną cierpliwością.
Tymczasem spadły pierwsze krople dżdżu, więc Staś postanowił odprowadzić natychmiast Nel do „Krakowa” — ale tu zaszła niespodziewana trudność. Słoń za nic nie chciał się z nią rozstać i za każdym razem, gdy próbowała się oddalić, zawracał ją trąbą i przyciągał ku sobie. Położenie stawało się ciężkie i wesoła zabawa wobec uporu zwierzęcia mogła się źle zakończyć. Chłopiec nie wiedział, co począć, gdyż deszcz padał coraz gęstszy i groziła ulewa. Oboje cofali się wprawdzie nieco ku wyjściu, ale bardzo nieznacznie, i słoń posuwał się za nimi.
Na koniec Staś stanął między nim a Nel, utkwił w jego oczach ostre spojrzenie, jednocześnie zaś rzekł cichym głosem do Nel:
— Nie uciekaj, ale cofaj się ciągle aż do wąskiego przejścia.