Po wprowadzeniu Nel i Mei do chaty naczelnika Staś wydał rozkaz Kalemu i Nasibu uprzątnięcia ludzkich kości. Czarni chłopcy spełnili to polecenie w ten sposób, że powrzucali je do rzeki, która poniosła je dalej. Przy tej czynności pokazało się jednak, że Linde mylił się zapowiadając, iż nie zastaną na górze ani żywego ducha. Cisza panująca po zagarnięciu ludzi przez derwiszów i widok bananów przynęciły tu spore stado szympansów, które na wyższych drzewach pourządzały sobie nawet rodzaj parasoli lub daszków dla ochrony od deszczu. Staś nie chciał ich zabijać ale postanowił je wygnać i w tym celu wystrzelił w powietrze. Wywołało to ogólny popłoch, który powiększył się jeszcze, gdy po strzale rozległo się zajadłe basowe szczekanie Saby i gdy King, podniecony hałasem, zatrąbił groźnie. Ale małpy dla wykonania rejterady nie potrzebowały szukać skalistego grzbietu i chwytając się załamów skał pospuszczały się ku rzece i rosnącym przy niej drzewom z taką szybkością, że kły Saby nie mogły żadnej dosięgnąć.

Słońce zaszło. Kali i Nasibu rozpalili ogień dla zgotowania wieczerzy. Staś po rozpakowaniu potrzebnych na noc rzeczy udał się do chaty króla, którą zajęła Nel.

W chacie było widno i wesoło, albowiem Mea rozpaliła nie kaganek, który rozświecał wnętrze baobabu, ale dużą, odziedziczoną po Lindem lampę podróżną. Nel nie czuła się wcale zmęczona podróżą w dzień tak chłodny i wpadła w doskonały humor, zwłaszcza gdy Staś oznajmił jej, że kości ludzkie, których się bała, są uprzątnięte.

— Jak tu dobrze, Stasiu! — zawołała. — Patrz, i podłoga nawet wylana jest żywicą. Będzie nam tu doskonale.

— Jutro dopiero obejrzę dokładnie całą posiadłość — odpowiedział — wnosząc jednak z tego, com dziś widział, można by tu mieszkać choć całe życie.

— Żeby z tatusiami, to można by. Ale jak się będzie nazywała posiadłość?

— Góra powinna się nazywać w geografii Górą Lindego, a ta wioska niech się nazywa tak jak ty: Nel.

— To i ja będę w geografii? — zapytała z wielką radością.

— A będziesz, będziesz — odpowiedział z całą powagą Staś.

ROZDZIAŁ XXXV