— Zanosi się na coś niedobrego — rzekł.
— Co myślisz? — zapytał Sudańczyk.
— Złe duchy zbudziły wiatr śpiący na zachodzie pustyni, a ów wstał z piasków i bieży ku nam.
Idrys podniósł się nieco na siodle, popatrzył w dal i odpowiedział:
— Tak jest. Idzie z zachodu i południa, ale on nie bywa tak wściekły jak khmasin29.
— Trzy lata temu zasypał jednak koło Abu-Hamel całą karawanę, a odwiał ją dopiero zeszłej zimy. Ualla! Może mieć dosyć siły, by pozatykać nozdrza wielbłądów i wysuszyć wodę w workach.
— Trzeba pędzić, by zawadził nas jednym tylko skrzydłem.
— Lecimy mu w oczy i nie potrafimy go ominąć.
— Im prędzej przyjdzie, tym prędzej przewieje.
To rzekłszy Idrys uderzył wielbłąda korbaczem, a za jego przykładem poszli inni. Przez jakiś czas słychać było tylko tępe razy grubych batów, podobne do klaskania w dłonie, i okrzyki: yalla!... Na południowym zachodzie białawy przedtem widnokrąg pociemniał. Upał trwał ciągle i słońce paliło głowy jeźdźców. Sępy wzbiły się widocznie bardzo wysoko, albowiem cienie od ich skrzydeł malały coraz bardziej, a w końcu znikły zupełnie.