— Tak! pobłogosławił — odparł Abu-Anga — albowiem wiemy teraz, że musimy trzymać się o trzy dni drogi od rzeki, a oprócz tego zdobyliśmy strzelbę, której nam brakło, i dojną wielbłądzicę.

— Gurdy — dodał jednooki — są napełnione wodą i w biesagach43 jest sporo prosa, tylko prochu znaleźliśmy mało.

— Chamis wiezie kilkaset ładunków do tej strzelby białego chłopca, z której nie umiemy strzelać. Proch zawsze jest jednaki i przyda się do naszej.

To rzekłszy Idrys zamyślił się jednak i ciężka troska odbiła się na jego ciemnej twarzy, zrozumiał bowiem, że gdy raz trup padł za nimi, to gdyby obecnie wpadli w ręce egipskiego rządu, już i wstawiennictwo Stasia nie ochroniłoby ich od sądu i kary.

Staś słuchał z bijącym sercem i natężoną uwagą. Były w tej rozmowie rzeczy pocieszające, a mianowicie to, że pościg był urządzony, nagrody obiecane i że szejkowie plemion pobrzeżnych odebrali rozkazy zatrzymywania karawan jadących na południe. Ucieszyła chłopca i wiadomość o parowcach płynących w górę rzeki, napełnionych wojskiem angielskim. Derwisze Mahdiego mogli się mierzyć z armią egipską i nawet zwyciężać ją, ale z Anglikami była całkiem inna sprawa, i Staś ani na chwilę nie wątpił, że pierwsza bitwa skończy się doszczętną zagładą dzikich tłumów. Więc z pociechą w duszy mówił sobie tak: „Choćby nas dowieźli do Mahdiego, to może się zdarzyć, że nim nas dowiozą, nie będzie już ani Mahdiego, ani jego derwiszów.” Lecz tę pociechę zatruła mu myśl, że w takim razie czekają ich jeszcze całe tygodnie drogi, która w końcu musi jednak wyczerpać siły Nel — i przez cały ten czas czeka ich towarzystwo łotrów i morderców. Na wspomnienie tego młodego Araba, którego Beduini zarżnęli jak barana, ogarnął Stasia lęk i żal. Postanowił nie mówić o tym Nel, by nie przestraszyć jej i nie powiększać smutku, który odczuwała po zniknięciu złudnego obrazu oazy Fajum i miasta Medinet. Widział przed przybyciem do wąwozu, że mimo woli łzy cisnęły się jej do oczu; przeto gdy dowiedział się z opowiadania Beduinów wszystkiego, czego chciał, udał, że się rozbudził, i podszedł ku niej. A ona siedziała w kącie przy Dinah i jedząc daktyle skrapiała je trochę łzami. Ale ujrzawszy Stasia przypomniała sobie, że niedawno uznał jej postępowanie za godne osoby co najmniej trzynastoletniej, więc nie chcąc pokazać się znów dzieckiem ścisnęła z całej siły ząbkami pestkę daktyla, aby pohamować łkanie.

— Nel! — rzekł chłopak — Medinet to było złudzenie, ale wiem na pewno, że nas ścigają, więc nie martw się i nie płacz.

Na to dziewczynka podniosła ku niemu załzawione źrenice i odpowiedziała przerywanym głosem:

— Nie, Stasiu... ja nie chcę płakać... tylko mi się tak... oczy pocą...

Ale w tej chwili bródka poczęła się jej trząść, spod stulonych rzęs wybiegły wielkie łzy i rozszlochała się na dobre.

Że jednak wstyd jej było tych łez i oczekiwała za nie bury od Stasia, więc ze wstydu, a trochę i ze strachu, pochowała główkę na jego piersiach, mocząc mu obficie ubranie.