— Chartum!
ROZDZIAŁ XVI
Stanęli na krańcu miasta, w domu, który poprzednio był własnością bogatego kupca włoskiego, a po zamordowaniu jego w czasie szturmu do miasta dostał się przy podziale łupów Tadhilowi. Żony emira zajęły się w dość ludzki sposób ledwie żywą ze zmęczenia Nel i chociaż w całym Chartumie dawał się uczuć brak żywności, znalazły dla małej dżanem50 trochę suszonych daktylów i trochę ryżu z miodem, po czym zaprowadziły ją na piętro i ułożyły do snu. Staś, który nocował między wielbłądami i końmi na dworze, musiał poprzestać na jednym sucharze, natomiast nie brakło mu wody, albowiem fontanna w ogrodzie nie została dziwnym trafem zrujnowana. Pomimo ogromnego znużenia długo nie mógł zasnąć, naprzód z powodu skorpionów włażących ustawicznie na wojłok, na którym leżał, a po wtóre, z powodu śmiertelnego niepokoju, że rozłączą go z Nel i że nie będzie mógł nad nią osobiście czuwać. Niepokój ten podzielał widocznie i Saba, który wietrzył naokół, a niekiedy wył, za co gniewali się żołnierze. Staś uspokajał go, jak umiał, w obawie, by nie czyniono mu krzywdy. Na szczęście, olbrzymi brytan wzbudził taki podziw samego emira i wszystkich derwiszów, że żaden nie podniósł nań ręki.
Idrys nie spał także. Od wczorajszego dnia czuł się niezdrów, a przy tym po rozmowie z Nur-el-Tadhilem stracił dużo złudzeń — i na przyszłość patrzył jakby przez grubą zasłonę. Rad był, że przeprawią się jutro do Omdurmanu oddzielonego tylko szerokością Białego Nilu; miał nadzieję, że odnajdzie tam Smaina, ale co dalej? W czasie drogi wszystko przedstawiało mu się jakoś wyraźniej i daleko wspanialej. Wierzył on szczerze w proroka i serce ciągnęło go tym bardziej ku niemu, że pochodzili obaj z jednego pokolenia. Ale był przy tym, jak każdy prawie Arab, chciwy i ambitny. Marzył, iż obsypią go złotem i uczynią co najmniej emirem; marzył o wyprawach wojennych przeciw „Turkom”, o zdobytych miastach i łupach. Tymczasem teraz, po tym co słyszał od Tadhila, począł się obawiać, czy wszystkie jego czyny nie znikną tak wobec daleko większych zdarzeń, jak kropla deszczu ginie w morzu. „Może — myślał z goryczą — nikt nie zwróci uwagi na to, czegom dokonał, a Smain nie będzie nawet rad, żem mu przywiózł te dzieci.” I gryzł się tą myślą. Jutrzejszy dzień miał rozproszyć lub potwierdzić jego obawy, więc czekał go niecierpliwie.
O szóstej rano wzeszło słońce i rozpoczął się ruch wśród derwiszów. Wkrótce pojawił się Tadhil i kazał im gotować się do drogi. Zapowiedział przy tym, że pójdą do przeprawy piechotą, przy jego koniu. Ku wielkiej radości Stasia Dinah sprowadziła z górnego piętra Nel, po czym ruszyli wałem wzdłuż całego miasta aż do miejsca, w którym stały łodzie przewozowe. Tadhil jechał naprzód konno. Staś prowadził za rękę Nel, za nim szli Idrys, Gebhr i Chamis ze starą Dinah i z Sabą oraz trzydziestu żołnierzy emira. Reszta karawany pozostała w Chartumie.
Staś rozglądając się wokół, nie mógł zrozumieć, jakim sposobem upadło miasto tak silnie obwarowane i leżące w widłach utworzonych przez Biały i Niebieski Nil, a zatem z trzech stron otoczone wodą, a dostępne tylko od południa. Później dopiero dowiedział się od niewolników chrześcijan, że rzeka wówczas opadła i odsłoniła szerokie łachy piaszczyste, które ułatwiły przystęp do wałów. Załoga, straciwszy nadzieję odsieczy i wycieńczona głodem, nie mogła odeprzeć szturmu rozwścieczonej dziczy, i miasto zostało zdobyte, po czym nastąpiła rzeź mieszkańców. Ślady walki, lubo od szturmu upłynął już miesiąc, widać było wszędzie wzdłuż wału, wewnątrz sterczały gruzy zburzonych domów, na które zwrócił się pierwszy impet zdobywców, a w fosie zewnętrznej pełno było trupów, których nikt nie myślał grzebać. Zanim doszli do przeprawy, Staś naliczył przeszło czterysta. Nie zarażały one jednak powietrza, gdyż słońce sudańskie wysuszyło je na mumie, wszystkie miały barwę szarego pergaminu, tak jednostajną, że ciał Europejczyków, Egipcjan i Murzynów nie można było odróżnić. Wśród trupów roiły się małe jaszczurki, które przed nadchodzącymi ludźmi chowały się szybko pod te szczątki ludzkie, często do ich ust lub między wyschnięte żebra.
Staś prowadził Nel tak, by jej zasłonić ten okropny widok, i kazał jej patrzeć w drugą stronę, ku miastu. Ale i od strony miasta działy się rzeczy, które napełniały oczy i duszę dziewczynki przerażeniem. Widok „angielskich” dzieci wziętych w niewolę i Saby prowadzonego na smyczy przez Chamisa ściągał tłumy, które w miarę jak pochód posuwał się do przeprawy, powiększały się z każdą chwilą. Ciżba uczyniła się po pewnym czasie tak wielka, że trzeba było się zatrzymać. Zewsząd ozwały się groźne okrzyki. Straszne, tatuowane twarze pochylały się nad Stasiem i nad Nel. Niektórzy z dzikich wybuchali na ich widok śmiechem i uderzali się z radości dłońmi po biodrach, inni złorzeczyli im, niektórzy ryczeli jak dzikie zwierzęta, wyszczerzając białe zęby i przewracając oczyma, w końcu poczęto im grozić i sięgać ku nim nożami. Nel, na wpół przytomna, w strachu tuliła się do Stasia, on zaś osłaniał ją, jak umiał, w przekonaniu, że nadchodzi ostatnia dla nich obojga godzina. Na szczęście ów napór rozbestwionej ciżby sprzykrzył się w końcu i Tadhilowi. Kilkunastu żołnierzy otoczyło z jego rozkazu dzieci, pozostali zaś poczęli smagać bez miłosierdzia korbaczami wyjące gromady. Zbiegowisko rozproszyło się na przedzie, natomiast tłumy poczęły zbierać się za oddziałem i wśród dzikich wrzasków przeprowadziły go aż do łodzi.
Dzieci odetchnęły w czasie przewozu. Staś pocieszał Nel, że gdy derwisze oswoją się z ich widokiem, wówczas przestaną im grozić — i zapewniał, że Smain będzie ich oboje, a zwłaszcza ją, ochraniał i bronił, albowiem gdyby stało im się co złego, to nie miałby kogo oddać za swoje potomstwo. Była to prawda, ale dziewczynkę tak przeraziły poprzednie napaści, że chwyciwszy rękę Stasia nie chciała ani na chwilę jej puścić, powtarzając ciągle jakby w gorączce: „Boję się! Boję się!” On życzył sobie istotnie z całej duszy, by jak najprędzej dostali się w ręce Smaina, który znał ich od dawna i który w Port-Saidzie okazywał im wielką przyjaźń albo przynajmniej ją udawał. W każdym razie nie był to człowiek tak dziki jak inni Sudańczycy Dangalowie i niewola w jego domu mogła być znośniejsza...
Chodziło tylko o to, czy go znajdą w Omdurmanie. O tym samym rozmawiał Idrys z Nur-el-Tadhilem, gdyż ów przypomniał sobie wreszcie, że przed rokiem, bawiąc z polecenia kalifa Abdullahi daleko od Chartumu, w Kordofanie, słyszał o jakimś Smainie, który uczył derwiszów strzelać z armat zdobytych na Egipcjanach, a potem stał się wielkim łowcą niewolników. Nur wskazywał Idrysowi następny sposób odnalezienia emira:
— Gdy usłyszysz po południu głos umbaji51, bądź wraz z dziećmi na placu modlitwy, na który prorok udaje się codziennie, by budować wiernych przykładem pobożności i utwierdzać ich w wierze. Tam prócz świętej osoby Mahdiego zobaczysz wszystkich „szlachetnych”, a także trzech kalifów oraz paszów i emirów; między emirami odnajdziesz Smaina.