— O nie! nigdy...

— A więc?...

Moje oczy otwierają się równie szeroko jak usta...

— Panie — rzecze gospodarz — służyłem pod Mierosławskim24.

— Tam do licha!

— To był bohater! to największy wódz w świecie! Jakżem szczęśliwy, że pana widzę... Czy on żyje jeszcze?

— Nie, umarł.

— Umarł! — mówi Niemiec i siadłszy, ciężko opuszcza ręce na kolana, a głowę na piersi.

Nie wiedziałem sam, co mam robić. Nie podzielałem entuzjazmu pana Billinga dla M., ale w tej chwili entuzjazm ten był mi miłym i pochlebiał. Tymczasem pan Billing zwycięża swój smutek i uwielbienie jego dla M. płynie kaskadą, wobec której niczym Niagara albo Yosemite Falls25. O uszy moje obijają się imiona kilku bohaterów starożytności, kilku ze średnich wieków, następnie Waszyngtona26, Lafayetta27, Kościuszki i Mierosławskiego; potem słyszę wyrazy takie jak swoboda, postęp, cywilizacja — słyszę setkami, tysiącami. Wymowny jenerał28 miał widocznie wymownych szeregowców.

— To był człowiek idealny! — wykrzykuje na koniec mój gospodarz.