Słowa te ściągnęły na powrót moją uwagę na oświetlony stół.

— Co to znaczy? — rzekł Dziennikarz. — Czyżby on z amatorstwa zajmował się włóczęgostwem? Nic nie rozumiem.

Wzrok mój spotkał się z oczyma Psychologa i wyczytałem w nich własne tłumaczenie zagadki. Pomyślałem o tym, z jaką trudnością nasz Podróżnik musi się gramolić na schody. Nie sądzę, żeby ktoś więcej jeszcze oprócz mnie zauważył, że kuleje.

Pierwszym, który ochłonął ze zdziwienia, był Lekarz. Zadzwonił, by przyniesiono dodatkowe nakrycie, gdyż Podróżnik nie lubił, aby podczas obiadu służba znajdowała się w pokoju.

W tej chwili Redaktor z namaszczeniem powrócił do jedzenia, a za jego przykładem poszedł i Milczący Gość. Obiad się kończył. Przez chwilę rozmowa składała się z wykrzykników i małych przerw niemego podziwu, a Redaktor usychał z ciekawości:

— Czy nasz przyjaciel nie zwiększa czasem swych dochodów zamiataniem ulic? — pytał zaciekawiony. — A może ulega napadom jak Nabuchodonozor12?

— Jestem pewny, że to sprawa wehikułu czasu — rzekłem i podjąłem opowiadanie Psychologa od miejsca, w którym był je przerwał.

Nowi goście wyrażali jawne niedowierzanie. Redaktor wystąpił z zarzutami.

— Czymże właściwie jest owo podróżowanie w czasie? — mówił.

— Czy człowiek może tak się zakurzyć, zanurzywszy się w paradoksie? Czyż to możliwe? — Następnie, jakby oswojony z ową ideą, zapytał: — Czy w przyszłości nie ma szczotek do czyszczenia ubrania?