Po pewnym czasie odszedłem i zacząłem bez celu przechadzać się po zaroślach w okolicy pagórka.
— Cierpliwości — mówiłem do siebie. — Jeżeli chcesz odzyskać machinę, powinieneś zostawić sfinksa w spokoju. Jeżeli zamierzają ci ją wydrzeć, nic dobrego nie przyjdzie z psucia brązowych tablic; jeżeli zaś nie mają takiego zamiaru, to ci ją zwrócą, jak tylko będziesz umiał się o nią zapytać. Nie ma sensu dociekać wszystkich tych tajemnic i zagadek, bo to prosta droga do obłędu. Staraj się zrozumieć ten świat. Poznaj jego obyczaje, rozglądaj się bacznie, wystrzegaj się zbyt pochopnych wniosków. W końcu znajdziesz klucz do wszystkiego.
Myśl o latach, jakie spędziłem na badaniach i pracy, by znaleźć się kiedyś w przyszłości, i gwałtowne pragnienie, by się z niej teraz wydostać, ukazały mi całą śmieszność mego położenia. Sporządziłem na siebie najbardziej skomplikowaną i beznadziejną pułapkę, jaką kiedykolwiek człowiek wymyślił. A chociaż sam wszystko zrobiłem, sam już nic odrobić nie zdołam. I zacząłem się śmiać na całe gardło.
Przechodząc przez ogromny pałac, zauważyłem, że mały ludek mnie unika. Może tak mi się tylko zdawało, a może miało to pewien związek z moim szturmowaniem do brązowych wrót. W każdym razie byłem pewny, że mnie unikają. Starałem się jednak nie zwracać na to uwagi i w ciągu dnia lub dwóch wszystko powróciło do dawnego stanu. Czyniłem takie postępy w ich mowie, na jakie tylko stać mnie było, a nadto prowadziłem tu i ówdzie badania. Co się tyczy nauki języka, możliwe jest, że nie pojąłem jego subtelności, a może też język ten odznaczał się nadmierną prostotą — składał się on bowiem prawie wyłącznie z rzeczowników i czasowników. Prawdopodobnie mało w nim było — jeżeli w ogóle były — pojęć oderwanych. Również rzadko używano przenośni. Mowa ich składała się zasadniczo ze zdań prostych, z dwóch nawet wyrazów złożonych, i nie udawało mi się wyrazić ani też pojąć nic prócz najprostszych myśli. Postanowiłem sprawę wehikułu i tajemnicę drzwi brązowych pod sfinksem ukryć w najdalszym zakątku pamięci, dopóki pogłębiająca się znajomość języka nie doprowadzi mnie na powrót do nich w sposób już naturalny.
Pewne jednakże uczucia, jak pojmujecie, trzymały mnie wciąż na uwięzi w promieniu paru mil od miejsca, gdzie wylądowałem.
O ile mogłem zauważyć, wszędzie panował taki sam bujny rozkwit, jak w dolinie Tamizy. Z każdego pagórka, na jaki wszedłem, widziałem mnogość wspaniałych budowli urozmaiconych w nieskończoność pod względem stylu i materiału. Takie same kępy drzew wiecznie zielonych, takie same drzewa obciążone kwieciem i olbrzymie niczym drzewa paprocie. Tu i ówdzie błyszczała woda jak srebro, a dalej ląd podnosił się w faliste niebieskawe pagórki i gdzieś daleko zlewał się z błękitem nieba.
Niezwykłym szczegółem, który mnie teraz przed innymi zaciekawiał, były osobliwego rodzaju okrągłe studnie; niektóre z nich, jak mi się zdawało, sięgały znacznej głębokości. Jedna znajdowała się przy ścieżce wiodącej na wzgórze, tej samej, którą szedłem w pierwszej mojej wędrówce. Studnia ta podobnie jak inne była okuta brązem, misternie wykończona i osłonięta niewielką kopułą od deszczu. Siedząc przy takiej studni i patrząc w czarną otchłań, nie dostrzegłem wcale odblasku wody, nie mogłem też spostrzec odbijającego się światła zapałki. Lecz we wszystkich słyszałem jakiś łoskot, jakby odgłos wielkiej machiny. Po płomieniu zaś zapałki poznałem, że w te szyby wpływał stały prąd powietrza. Później w gardziel jednej studni rzuciłem skrawek papieru; nie spadł powoli na dół, lecz zniknął szybko porwany przez wlatujący w głąb pęd powietrza.
Po niejakim czasie zauważyłem pewien związek między owymi studniami a wysokimi wieżami, które tu i ówdzie stały na pochyłościach wzgórz. Powietrze drgało nad nimi w ciągłym falowaniu, podobnie jak drga nad rozprażonym w słońcu przybrzeżnym piaskiem w upalny dzień. Zestawiając te dwie okoliczności, wyprowadziłem poważny wniosek o rozległym systemie wentylacji podziemnej, której prawdziwego znaczenia wszakże trudno się było domyślić. Z początku gotów byłem widzieć w tym pewien związek z urządzeniami sanitarnymi tego ludu. Wniosek taki nasuwał się sam, był jednak najzupełniej mylny.
Muszę tu przyznać, że niewiele dowiedziałem się o kanałach, rurach podziemnych i środkach komunikacji, oraz innych udogodnieniach w ciągu mego pobytu w krainie przyszłości. W niektórych wizjach utopii, w widzeniach przyszłych czasów, które czytałem, jest sporo szczegółów o budowlach, instytucjach społecznych itp. Nietrudno o nie, gdy się ma świat cały w swojej wyobraźni; ale są one wręcz nieprzystępne dla rzeczywistego podróżnika pośród takiej rzeczywistości, jaką ja tutaj spotkałem. Wyobraźmy sobie opowieść o Londynie, jaką powiezie do swego plemienia Murzyn świeżo przybyły z Afryki Środkowej! Czego on się dowie o towarzystwach kolei żelaznych, o ruchach społecznych, o telefonach i telegrafach, o towarzystwach sprzedaży parcel na raty, o urządzeniu poczt itp., jeżeli nawet nie zabraknie nam dobrej woli do wytłumaczenia mu tego wszystkiego. A czyż z tego, co rzeczywiście poznał, dużo się nauczą odeń lub czy mu uwierzą jego przyjaciele i ziomkowie, którzy podróży z nim razem nie odbyli? Pomyślcie teraz, jak wąska jest granica oddzielająca Murzyna od białego w czasach obecnych i jak szeroka była przepaść pomiędzy mną a ludźmi Złotego Wieku!
Zdawałem sobie sprawę z istnienia wielu niewidzialnych urządzeń służących mej wygodzie, lecz poza ogólnym wrażeniem zautomatyzowanej organizacji, obawiam się, że bardzo niewiele będę wam mógł o tym powiedzieć.