Było to ostatnie zdanie, które Eugeniusz mógł jeszcze zrozumieć.

— Tylko pan Vautrin potrafi wyprawiać takie sztuki — rzekła Sylwia. — Patrzcie państwo, toć to Krzysztof chrapie jak bączek.

— Do widzenia, mamuniu — rzekł Vautrin. — Idę na bulwar podziwiać pana Marty w Mont-Sauvage. Jest to wielka sztuka przerobiona z Pustelnika. Jeżelibyś pani życzyła, tobyśmy poszli razem z tymi paniami.

— Ja dziękuję — rzekła pani Couture.

— Jak to, sąsiadko! — zawołała pani Vauquer — nie chcesz widzieć sztuki osnutej na Pustelniku? Wszakże do dzieło Atali de Chateaubriand, któreśmy czytały w przeszłym roku pod lipami, płacząc niby jakie Magdaleny; przy tym jest to utwór moralny, z którego i panna Wiktoryna może skorzystać.

— Nam nie wolno bywać na komedii — odparła Wiktoryna.

— Patrzcie państwo! Ci już zupełnie gotowi — rzekł Vautrin, poruszając w sposób komiczny głowę ojca Goriot i Eugeniusza.

Złożył głowę studenta na krześle, żeby mu było wygodniej i pocałował go serdecznie w czoło śpiewając:

Śpijcie, pieszczotki kochane!

Ja czuwać przy was zostanę.