— Dajcież pokój, sąsiadko, mówicie takie rzeczy...

— To cóż, przecie on nie słyszy — odparła pani Vauquer.

— No, Sylwio, chodźże mnie ubrać. Włożę wysoki gorset.

— A tak! Wysoki gorset po obiedzie — zawołała Sylwia. — Niechże pani szuka sobie kogo innego do sznurowania, ja nie chcę być zabójczynią. Pani może życiem przypłacić taką nierozwagę.

— Mniejsza o to, trzeba wystąpić tak, żeby się pan Vautrin nie powstydził.

— To pani musi bardzo kochać swoich spadkobierców?

— No, Sylwio, dość już tego gadania — zawołała wdowa odchodząc.

— I to w takim wieku! — rzekła kucharka do Wiktoryny, wskazując na oddalającą się panią.

W sali jadalnej została tylko pani Couture i wychowanka jej, podtrzymująca na swym ramieniu głowę śpiącego Eugeniusza. Chrapanie Krzysztofa rozlegało się wśród cichego domu, przez co sen Eugeniusza, który spał cicho jak dziecię, nabierał jeszcze więcej wdzięku. Wiktoryna uszczęśliwiona była, że może spełnić jeden z tych aktów miłości bliźniego, w których wylewają się wszystkie uczucia kobiety, że może bez grzechu czuć przy swym sercu uderzenie serca młodzieńczego. Na twarzy jej rozlał się jakiś wyraz macierzyńsko-opiekuńczy, który czynił ją dumną prawie. Wśród tysiącznych myśli, powstających w jej głowie, budziło się natrętne uczucie rozkoszy, wywołane zamianą czystego, młodzieńczego ciepła.

— Biedne, drogie dziecię! — rzekła pani Couture, ściskając jej rękę.