Obie kobiety wezwały wreszcie Sylwię do pomocy i przeniosły Eugeniusza do jego pokoju. Złożywszy go na łóżku, kucharka porozpinała na nim odzienie, żeby mógł spać wygodniej. Przed odejściem, Wiktoryna skorzystała z tego, że opiekunka zwróciła się do niej plecami i złożyła pocałunek na czole Eugeniusza. A jakże była szczęśliwa, popełniając tę kradzież występną! Rozejrzała się jeszcze po jego pokoju, zebrała, że tak powiem, w jedną myśl wszystkie błogie wypadki dnia tego, usnuła z nich obraz, w który wpatrywała się długo i zasnęła jako najszczęśliwsza w całym Paryżu istota.

Bankiet, przy którym Vautrin upoił Eugeniusza i Goriota winem usypiającym, stał się hasłem własnej jego zguby. Bianchon, wpół pijany, zapomniał spytać panny Michonneau, co miał znaczyć dziwny wyraz Trompe-la-Mort. Imię to byłoby pewnie obudziło ostrożność Vautrina, czyli (nazwijmy go właściwym imieniem) Jakuba Collin, jednego z najsławniejszych galerników. Wreszcie panna Michonneau, obrażona przezwiskiem Wenery z Pere-Lachaise, postanowiła wydać Collina w takiej chwili właśnie, kiedy, znęcona jego wspaniałomyślnością, wahała się, czy nie lepiej byłoby przestrzec go, żeby mógł zemknąć w nocy.

Po obiedzie udała się w towarzystwie Poireta na uliczkę Sainte-Anne dla widzenia się ze sławnym szefem policji bezpieczeństwa, którego znała pod nazwiskiem wyższego urzędnika Gondureau. Dyrektor policji sądowej przyjął ją bardzo uprzejmie. Ułożono wszystkie warunki, po czym panna Michonneau zażądała napoju, za pomocą którego miała się przekonać o istnieniu piętna. Wielki człowiek z małej uliczki Sainte-Anne otworzył szufladę od biurka i zaczął szukać flakonika, zdradzając przy tym tak żywe zadowolenie, że panna Michonneau wpadła na myśl, iż tu musi chodzie o coś więcej, jak o ujęcie prostego galernika. Zaczęła łamać sobie głowę aż doszła do przekonania, że policja ma pewne wskazówki od zdrajców z galer i spodziewa się znaleźć w tym czasie znaczne kapitały u Collina. Wyjawiła swe domysły, ale słuchający jej lis zaczął się uśmiechać, usiłując odwrócić podejrzenia starej panny.

— Mylisz się pani — powiedział. — Collin, to taka niebezpieczna sorbona, jaka nigdy jeszcze nie znajdowała się po stronie złoczyńców. Oto i wszystko. Łotry umieją go cenić; on jest ich sztandarem, ich podporą, ich Bonapartym wreszcie, a oni go za to kochają. Niegodziwiec ten nie zostawi nam nigdy swego kloca na placu de Greve.

Panna Michonneau nie zrozumiała i Gondureau musiał objaśnić znaczenie słów wymówionych przed chwilą.

Sorbona i kloc są to dwa wyrazy wzięte z żargonu złodziei, którzy najpierwsi uznali potrzebę zapatrywania się na głowę ludzką z dwóch punktów odrębnych. Sorbona — to głowa człowieka żyjącego, to doradca i źródło myśli. Kloc — to wyraz pogardliwy, określający całą nicość głowy odciętej od ciała.

— Collin kpi z nas — ciągnął Gondureau dalej. — Spotkawszy takich ludzi, twardych jak sztaba hartownej stali, zabijamy ich, korzystając z najmniejszej chęci oporu, jaką okazują przy aresztowaniu. Spodziewamy się, że Collin będzie też stawiał opór jutro rano i że będziemy mogli go zabić. W takim razie unika się procesu, kosztów na utrzymanie, na pokarm i wyświadcza się przysługę społeczności. Procedura sądowa, wezwanie świadków do sądu, wynagrodzenie ich, egzekucja, jednym słowem wszystko, przez co legalnie pozbywamy się takich łotrów, kosztuje więcej niż tysiąc talarów, które pani masz dostać. Przy tym i czas się oszczędza. Zadając silne pchnięcie bagnetem w brzuch Trompe-la-Mort, powstrzymamy sto zbrodni i unikniemy zepsucia pięćdziesięciu łotrów, którzy będą ostrożnie postępować w pobliżu policji poprawczej. Oto jest policja dobrze urządzona. Według zdania prawdziwych filantropów, postępując w taki sposób, zapobiega się spełnieniu zbrodni.

— I wyświadcza się usługę krajowi — dorzucił Poiret.

— A tak! — odparł szef — pan mówisz dzisiaj bardzo rozsądnie. Tak, zapewne, my służymy krajowi. Z tym wszystkim świat jest względem nas bardzo niesprawiedliwy. Wyświadczamy społeczeństwu wielkie, choć nieuznane posługi. Ale człowiek wyższy powinien wznieść się ponad przesądy, a chrześcijanin powinien przyjąć nieszczęścia, które nawet dobro pociąga za sobą, jeżeli nie jest spełnione według przyjętych powszechnie wyobrażeń. Paryż jest Paryżem, widzicie państwo. Słowo to objaśnia moje życie. Żegnam panią. Będę jutro z mymi ludźmi w Jardin du Roi. Proszę przysłać Krzysztofa na ulicę Buffona, do pana Gondureau, do domu, w którym byłem poprzednio. Sługa uniżony pana dobrodzieja. Gdyby pana kiedykolwiek okradziono, to proszę wezwać mojej pomocy, jam zawsze gotów na usługi.

— Bywają jednak głupcy — mówił Poiret do panny Michonneau — którzy z siebie wychodzą na samo wspomnienie policji. A przecie ten pan taki miły, a to, czego żąda od pani, jest proste jak dzień dobry.