Pani Vauquer omal nie zemdlała słysząc te słowa.
— Mój Boże! — rzekła do Sylwii — wszak to można się rozchorować. Trzebaż mi było jeszcze iść z nim wczoraj do teatru!
— Trochę filozofii, mamuniu — zawołał Collin. — Alboż to takie nieszczęście, żeście byli wczoraj w mojej loży w teatrze? Albożeście to lepsi od nas? Na naszym ramieniu mniej jest hańby, niż w waszym sercu, niedołężne członki zgangrenowanego towarzystwa: najlepszy z was nie mógł mi się oprzeć.
Spojrzał na Rastignaca z wdzięcznym uśmiechem, który dziwnie odbijał przy surowym wyrazie twarzy.
— Nasza umowa nie zerwana, aniołku, ma się rozumieć jeżeli ty zechcesz! Wiesz? I zaśpiewał:
Moja Franusia dziwnie jest miła
W swojej prostocie...
— Nie masz się o co troszczyć — począł znowu — ja umiem odbierać to, co mi się należy. Ludzie zanadto mnie się obawiają, żeby ktokolwiek śmiał mnie okpiwać!
W słowach tego człowieka malowały się całe galery, z właściwymi sobie obyczajami i językiem, z gwałtownymi przeskokami od śmieszności do zgrozy, z przerażającą wielkością, z całą rubasznością i całym upodleniem. Nie był to już człowiek zwyczajny, ale typ całego narodu wyrodnego, całego ludu dzikiego a logicznego, nieokrzesanego, a giętkiego. W jednej chwili Collin stał się poematem piekielnym, w którym malowały się wszystkie uczucia ludzkie, z wyjątkiem jednej tylko skruchy. Spojrzenie jego było spojrzeniem upadłego archanioła, który wiecznie wojny pragnie. Rastignac spuścił oczy, przyjmując to zbrodnicze kuzynostwo, jako karę należną za wszystkie złe myśli, którym się oddawał.
— Kto mnie zdradził? — zapytał Collin, wodząc straszliwym swym wzrokiem po całym zgromadzeniu. To ty, stara świętoszko — powiedział wpatrując się w pannę Michonneau — tyś wywołała moją fałszywą apopleksję, ciekawe! Gdybym chciał powiedzieć dwa słowa, to by ci za tydzień głowę ścięto. Lecz przebaczam ci, jam chrześcijanin. Zresztą, to nie ty mnie zaprzedałaś. Ale kto mógł to zrobić? Ach! ach! Szukacie tam na górze — zawołał, słysząc, że agenci policji sądowej otwierają jego szafy i przetrząsają odzienie. — Nie ma ptaków w gnieździe, wczoraj już odleciały i nic się nie dowiecie. Moje księgi handlowe są tutaj — mówił uderzając się w czoło. — Teraz już wiem, kto mnie zaprzedał. Z pewnością nie kto inny, tylko ten podły Fil-de-Soie. Wszak prawda, ojcze łapaczu? — rzekł zwracając się do szefa policji. — Zgadza się to jakoś bardzo z pobytem naszych biletów bankowych tam na górze. Więcej nic nie ma, kochane szpiegi. Fil-de-Soie zniknie z oblicza ziemi w przeciągu dwóch tygodni, choćby go strzegła cała wasza żandarmeria. Coście wy dali tej Michonnecie? — zapytał policjantów. — Jakieś kilka tysięcy talarów! Jam wart był więcej, ty Ninon zgniła, ty Pompadour w łachmanach, ty Wenero z Pere-Lachaise! Trzeba było mnie przestrzec, to bym ci dał sześć tysięcy franków. A! Nie spodziewałaś się tego, stara nikczemnico; gdybyś mogła przewidzieć, to pewnie wolałabyś mieć ze mną do czynienia. Tak jest, byłbym dał sześć tysięcy, żeby uniknąć podróży, która wypada mi nie pomyśli i naraża mnie na stratę pieniężną — mówił Collin, podczas gdy mu kajdany wkładano. — Ci ludzie będą umyślnie wlec się ze mną całe wieki. Gdyby mnie zaraz posłali na galery, to bym niebawem powrócił do swych zajęć na złość wszystkim gawronom z nadbrzeża des Orfevres. Tam, na galerach, wszyscy wyłazić będą ze skóry, żeby oswobodzić jak najprędzej dobrego swego generała Trompe-la-Mort. Czyż jest między wami choć jeden, co by mógł, tak jak ja, poszczycić się dziesięciotysięcznym zastępem braci, którzy wszystko dla mnie zrobić gotowi? — zapytał z dumą. Jest tu nie mało dobrego — mówił uderzając się w piersi; jam nigdy nikogo nie zdradził! Spójrz na tych ludzi, świętoszko — mówił do starej panny. — Na mnie patrzą oni ze strachem, a na ciebie spoglądają z najwyższym obrzydzeniem. Zbieraj teraz, coś posiała.