— Szalona! Szalona! A ty, jaka jesteś? — zapytała pani de Restaud.

— Dzieci moje, ja umrę, jeżeli tak mówić będziecie — zawołał starzec, padając na łóżko, jak gdyby postrzałem śmiertelnym ugodzony. — One mnie zabijają! — powiedział.

Hrabina spojrzała na Eugeniusza, który stał niemy, ogłuszony gwałtownością tej sceny.

— Panie — wyrzekła, zapytując go ruchem, głosem i spojrzeniem, gdy tymczasem Delfina rozpinała pośpiesznie kamizelkę ojca.

— Pani, zapłacę i będę milczał — odparł, nie czekając zapytania.

— Zabiłaś ojca, Naściu! — rzekła Delfina, pokazując siostrze starca zemdlonego.

Hrabina uciekła z pokoju.

— Przebaczam jej — rzekł stary, otwierając oczy. — Położenie jej jest tak okropne, że obłąkało by nawet lepszą głowę. Pocieszaj ją, Delfino, bądź dla niej łagodna; przyrzecz to biednemu twemu ojcu, który prosi cię o to w ostatniej godzinie — mówił, ściskając rękę Delfiny.

— Ale co ci jest, ojcze? — pytała baronowa przerażona.

— Nic, nic, to przejdzie — odparł ojciec. — Coś mi ściska czoło, to pewnie migrena. Biedna Naścia, co za przyszłość!