— Panie Eugeniuszu!
— Proszę pana — rzekła wdowa — i ojciec Goriot i pan mieliście opuścić mój dom piętnastego lutego. Tymczasem trzy dni upłynęły już od tej daty. Trzeba będzie zapłacić mi za cały miesiąc, ale ja poprzestanę na słowie pańskim, jeżeli pan zechcesz zaręczyć za ojca Goriot.
— Po co? Czyż mu pani nie ufasz?
— Czy nie ufam! Gdyby nieborak stracił przytomność i umarł, to córki jego nie dałyby mi ani grosza, a to, co po nim pozostanie, nie warte i dziesięciu franków. Nie wiem, po co wyniósł dziś z domu ostatnie swoje sztućce srebrne. Wystroił się jak młodzieniec, a nawet, Boże odpuść, zdaje mi się, że się uróżował, bo był dziwnie jakoś wyświeżony.
— Ja odpowiadam za wszystko — rzekł Eugeniusz i zadrżał z przerażenia przeczuwając nową jakąś katastrofę.
Poszedł co prędzej do Goriota, którego zastał w łóżku. Bianchon siedział tuż przy nim.
— Dzień dobry ojcze —- rzekł Eugeniusz.
Starzec uśmiechnął się łagodnie zwracając na niego szkliste swoje oczy.
— Jakże się ona ma? — zapytał.
— Dobrze. A ty, ojcze?