— Lepiej byłoby dla niego, gdyby prędzej skończył — rzekł doktor na zakończenie.
Eugeniusz powierzył ojca Goriot pieczy Bianchona, a sam poszedł do pani Nucingen ze smutnymi wieściami, które miały zaćmić jej radość. Tak przynajmniej sądził nasz student, którego umysł napojony był jeszcze surowym pojęciem obowiązków rodzinnych.
— Z tym wszystkim, powiedz jej, niech się dobrze bawi — zawołał ojciec Goriot, podnosząc się na posłaniu, na którym leżał dotąd bezwładnie.
Eugeniusz stanął przed Delfina z sercem rozdartym boleścią. Baronowa była już w trzewikach balowych, uczesana, gotowa tak, że tylko suknię włożyć pozostawało. Ale ostatnie te przygotowania, podobne do pociągnięć pędzla, którymi malarze wykończają swoje płótna, wymagały więcej czasu niż samo tło obrazu.
— Jak to, jeszcześ pan nie ubrany? — zapytała pani de Nucingen.
— Ale ojciec pani...
— Jeszcze mój ojciec — zawołała przerywając. — Ależ nie będziesz mnie pan uczył, com winna swemu ojcu. Znam ja ojca od dawna. Ani słowa, Eugeniuszu. Wtedy będę pana słuchała, gdy zobaczę, żeś już ubrany. Teresa przygotowała wszystko w pańskim mieszkaniu, powóz mój gotów, bierz go pan i powracaj. Pomówimy o ojcu jadąc na bal. Trzeba wyjechać wcześnie, bo i tak zatrzyma nas cały szereg powozów i w najlepszym razie chyba o jedenastej wejdziemy na salę.
— Pani!
— Dosyć, ani słowa więcej — zawołała biegnąc do buduaru po naszyjnik.
— Niechże pan jedzie, panie Eugeniuszu, bo się pani rozgniewa — rzekła Teresa popychając studenta, który stał przerażony tym wykwintnym ojcobójstwem.