Spojrzenie Eugeniusza padło na obie siostry: panią de Restaud i panią de Nucingen. Hrabina wyglądała wspaniale w całym przepychu brylantów, które musiały palić jej ciało, bo po raz ostatni miała je na sobie. Pomimo potężnej dumy i miłości, którą miała w sercu, nie mogła znieść spokojnie wzroku swego męża. Widok ten nie rozjaśnił wcale smutnych myśli Rastignaca. Tak jak pułkownik włoski przypominał mu postać Vautrina, tak również brylanty obu sióstr przywodziły na myśl barłóg, na którym ojciec Goriot spoczywał. Wicehrabina wytłumaczyła sobie opacznie smutek studenta i puściła jego ramię.

— Idź pan — powiedziała — nie chcę zatruwać ci przyjemności.

Delfina przywołała go natychmiast do siebie. Śpieszno jej było rzucić pod stopy studenta hołdy zebrane w tym świecie, do którego spodziewała się być już na zawsze przyjęta.

— Jakże znajdujesz pan Naścię? — zapytała.

— Ona umie korzystać nawet ze śmierci ojca własnego — rzekł Rastignac.

Około czwartej muzyka ucichła i tłumy zaczęły się przerzedzać, aż w końcu księżna de Langeais i Rastignac znaleźli się sami w sali balowej. Po chwili i wicehrabina stanęła na progu, pożegnawszy tylko co pana de Beauséant, który odszedł do swej sypialni powtarzając po kilkakroć:

— Źle robisz, moja droga, że uciekasz od świata w twoim wieku! Pozostań, proszę, z nami.

Pani de Beauséant wydała okrzyk podziwu na widok księżny, spodziewała się bowiem zastać samego Eugeniusza.

— Odgadłam cię, Klaro — rzekła pani de Langeais. — Odjeżdżasz, żeby nigdy już nie wrócić; lecz przed odjazdem musisz mnie wysłuchać, musimy się porozumieć!

Wzięła przyjaciółkę za rękę i wprowadziła ją do sąsiedniego salonu, a tam, popatrzywszy na nią ze łzami w oczach, przycisnęła ją do piersi i ucałowała gorąco.