— Spotkałem Krzysztofa, zaraz ci fiakra sprowadzi — powiedział.
Popatrzył na chorego, podniósł mu przemocą powieki i obaj studenci ujrzeli oko, w którym już ani blasku, ani ciepła nie było.
— Zdaje mi się, że to już nie przejdzie — rzekł Bianchon. Wziął starego za puls, następnie przyłożył mu rękę do serca.
— Maszyna jeszcze iść nie przestała; ale w takim stanie, w jakim on się znajduje, jest to prawdziwe nieszczęście. Lepiej byłoby, gdyby umarł.
— To prawda — rzekł Rastignac.
— Co tobie? Jesteś blady jak śmierć.
— Ach, przyjacielu, słuchałem wciąż skarg i krzyków. Jest Bóg! O, tak! Jest Bóg i jest świat lepszy, który On dla nas przygotował, bo inaczej ziemia nasza byłaby nonsensem. Tonąłbym we łzach, gdyby to było mniej tragiczne, ale coś mi okropnie ściska serce i żołądek.
— Słuchaj, trzeba będzie wiele rzeczy; skądże weźmiemy pieniędzy?
Rastignac wyciągnął zegarek.
— Masz, zastaw to prędko. Ja nie mogę zatrzymać się po drodze, bo każda chwila jest droga, a teraz czekam Krzysztofa. Nie mam ani szeląga; trzeba będzie zapłacić woźnicy, gdy odwiezie mnie z powrotem.